Kryptonim: poszukiwanie Nasto Barta
Opowiadanie Poszukiwanie NastoBarta
Data publikacji:
19 marca, 2026

Kryptonim: poszukiwanie Nasto Barta

Zgłosili się do mnie rodzice 17-letniego Bartka. Chłopak, wzorowy uczeń, po prostu nie wrócił ze szkoły w piątek. A była już sobota rano!!! Twierdzą, że syn nigdzie się nie szwendał po lekcjach, zawsze na czas w domu, żadnych dziewczyn czy narkotyków, zero używek. Policja przyjęła zgłoszenie, ale wiesz, jak to jest – „pewnie ucieczka z domu, wróci, jak mu się skończą pieniądze”. Nadali mu drugi stopień i czekają cierpliwie, aż rodzice dadzą znać, że syn już wrócił i będą mogli w końcu z wielką ulgą zamknąć dopiero co rozpoczętą sprawę. Rodzice twierdzili, że ucieczka Bartka z domu to nie w jego stylu i że musiało mu się raczej coś stać, a nawet – z uwagi na swój stan majątkowy – bo Bartek wychowywany był w dość bogatej rodzinie – nie wykluczali porwania w celu okupu. Ojciec to prezes większej spółki budowlanej, matka właścicielka sieci sklepów spożywczych. Po podpisaniu umowy o usługach detektywistycznych rodzice dali mi możliwość luknięcia w pokój nastolatka. Poskładane w szafie markowe ciuchy - - jak mi się zdawało, bo wielkim znawcą tematu nie jestem - , sporo drogich butów sportowych, trochę traperów, spodni moro... Poczułem, że Barto to nie tylko poukładany chłopczyk, jak twierdzą rodzice, ale też ma drugie oblicze i że lubi się gdzieś ekstremalnie pobawić. Docierało do mnie, że czasu chłopakowi poświęcali chyba zbyt mało i do końca chyba nie znają swojego syna.

Na biurku mocno wypasiony laptop.. Rodzice znają hasło. Odpalam sprzęt. Sporo zdjęć – większość kopiuję na swój pendrive, aby wiedzieć, jak poszukiwany wygląda.

Przejrzałem historię przeglądarki i media społecznościowe. Barto nie szukał biletów na PKP czy autobusowych, które umożliwiłyby mu ucieczkę, ale od miesiąca intensywnie sprawdzał fora dotyczące urban exploration (urbex) – nielegalnego zwiedzania opuszczonych fabryk i szpitali. Sporo zdjęć w kompie z opustoszałych hal produkcyjnych, sporo zdjęć wspólnie z jakąś ekipą wypadową, z którą często, jak widać, latał po budynkach. W Google Maps znalazłem pinezkę postawioną w lesie pod miastem, w miejscu starej bazy wojskowej. I to był dla mnie sygnał. Intuicja podpowiadała mi, że tam właśnie powinienem rozpocząć poszukiwania.

Zgłosiłem całą sprawę do centrali i dostałem zielone światło na działanie samemu. Była godzina 17, więc biorąc pod uwagę, że muszę pojechać po szpej oraz się przebrać, wiedziałem, że na obiekt spod pinezki podejdę już w nocy. A raczej trzeba było działać już, a nie czekać do rana, bo było zagrożone życie i zdrowie Barta. To nie było miejsce na nowe ciuchy. Założyłem więc buty trekkingowe i ubrałem się w styraną wuzetę wzoru 2010, którego mam parę sztuk po skończonej kilka lat temu służbie i trzymam na okazję, gdy będę mógł znowu zatopić się w moje ulubione tereny zielone. Wziąłem latarkę czołową pamiętającą czasy służby na granicy polsko-białoruskiej, która oprócz światła białego daje również lekkie czerwone, latarkę ręczną, termowizor, no i wiadomo... klamkę. Jednakże zmieniłem z ulubionego Walthera PPQ, który jeszcze pachnie nowością, na CZ P07, który już nieco przeszedł i gwint na lufie po przelocie tysięcy sztuk amunicji pozostał już tylko wspomnieniem. Nie myślałem o tym. Zrobiłem to odruchowo. W terenie, na który jechałem, po prostu ta klama dawała mi większą niezawodność. Jest z kurkiem zewnętrznym, może mniej wygodna, ale... Po prostu z praktyki wiem, że zawsze gdzieś można w zurbanizowanym się przerysować i szkoda by mi było prawie nowego PPQ. Po 19 godzinie podjechałem na zgaszonych światłach samochodem pod rejon bazy. Idąc tak, jak nas uczyli na szkoleniach dla strzelców wyborowych, poruszałem się pomału do przodu. W takich sytuacjach człowiek się przełącza. Lata treningu powodują, że zadziałała pamięć mięśniowa i to, co nam wbijali do głowy. Nie da się już działać inaczej. Zapach drzew zmieszany ze środkiem odstraszającym kleszcze powoduje, że zaczyna pracować część mózgu, która w normalnych warunkach jest wyłączona. Zostaje rysa na berecie – pomyślałem w ciszy, wspominając nie tak dawne jeszcze czasy. Poruszałem się po cichu, kładąc całe stopy na gruncie, tak jakby się przyklejały i odklejały do ziemi, unikając przedmiotów, które po nadepnięciu mogą wytwarzać jakikolwiek hałas. Szedłem w cieniu, przyklejony do ścian. Przez framugę bez drzwi wlałem się w budynek. Baza to labirynt betonowych korytarzy i szybów windy bez zabezpieczeń. Chodzenie tam samemu to proszenie się o kłopoty. Po dwóch godzinach chodzenia po obiekcie termowizor wyłapał jasną plamę w jednym z głębokich fundamentów. Ktoś tam był. Jedna osoba, raczej siedząca na ziemi szybu windy. Dziwne. Jedna osoba? A gdzie porywacze? Podszedłem bliżej, krzyknąłem cicho, wołając, kto jest na dole. Usłyszałem głos młodego człowieka:

  • ja, ja...

-Bartek? – zapytałem.

  • mhm – otrzymałem w odpowiedzi, wypowiadaną cichym, zmęczonym głosem.

Sprawa wydała się już prosta. Podczas nocnego robienia zdjęć Bartek spadł z wysokości ponad czterech metrów i skręcił nogę tak nieszczęśliwie, że nie mógł się wydostać. Zresztą, nawet gdyby nic się mu nie stało, też by się nie wydostał. Jego Samsung wyleciał mu z kieszeni i rozbił się tak, że nawet nie dało się go włączyć, zresztą na tym zadupiu i tak nie było zasięgu w ogóle. Spędził tam ponad 24 godziny. Klnąłem w duchu, że nie wziąłem z sobą ZPG (zasobnik piechoty górskiej – plecak), w którym mam zawsze przytroczony kawałek liny. Wezwałem straż pożarną i pogotowie, podając dokładne współrzędne. Zrzuciłem mu bluzę munduru, aby chłopak choć trochę zadbał o swoją termikę. Bartek założył ją. Siedziałem przy krawędzi szybu i rozmawiałem z nim, dopóki nie przyjechali, żeby nie stracił przytomności z wychłodzenia.

Po godzinie 23 dostarczyłem rodzicom to, co najważniejsze – ich syna. Nie wystawiłem faktury za raport, bo do niczego rodzicom on nie był potrzebny, tylko za paliwo i czas poświęcony na miejscu. Czasami w tym zawodzie nie chodzi o dowody do sądu, ale o to, żeby ktoś mógł wrócić do własnego domu.

  • Rodzice płakali, Bartek obiecał, że kończy z fotografią ekstremalną, a ja wróciłem do domu, czując, że po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś naprawdę sensownego.

W domu byłem dopiero o 1 w nocy. Nawet nie zakładałem teczki ze sprawą, ale odruchowo gdzieś w duchu, jadąc na obiekt, wymyśliłem kryptonim dla sprawy: "poszukiwanie NastoBarta". No i odruchowo w duchu przed snem uznałem, że sprawa "poszukiwanie NastoBarta" została zamknięta.

Dobranoc.

Zainteresowało Cię to opowiadanie?

Sprawdź inne historie naszych klientów:

Zobacz wszystkie historie
Potrzebujesz pomocy?
Podaj nam swój numer - oddzwonimy.
Wiemy, że zdarzają się sytuacje, w których wykonanie połączenia jest niemożliwe – np. z powodu braku środków na koncie lub troski o własne bezpieczeństwo i prywatność. W takich sytuacjach napisz swój numer telefonu i kliknij prośbę o kontakt. Zadzwonimy do Ciebie tak szybko, jak to możliwe.
Szybki kontakt
+48
Agencja Bezpieczeństwa SUFO logo

"Twoje bezpieczeństwo jest Naszą misją"

Zapisz się do newslettera

Bądź  na bieżąco z aktualnościami, zmianami w prawie oraz innymi nowościami - dołącz do społeczności Agencji Bezpieczeństwa i sam decyduj o własnym bezpiczeństwie.
Newsletter
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram