








Pewnego dnia zadzwonił prezes ogólnopolskiej sieci hurtowni budowlanych. Ktoś systematycznie „czyścił” mu magazyn centralny z drogiej elektroniki. Straty szły w setki tysięcy złotych, a audyty pokazywały, że towar fizycznie wciąż tam jest.
Poczułem adrenalinę już na pierwszym spotkaniu. Wiedziałem, że mam do czynienia z profesjonalistą wewnątrz firmy. Ktoś zhakował system stanów magazynowych.
Zacząłem od obserwacji stacjonarnej (czatowania). Przez trzy noce gniłem w jednym z samochodów operacyjnych – samochodzie dostawczym, będącym jednocześnie mobilnym TOC-iem (tactical operation center), zaparkowanym między naczepami skrzyniowymi na tyłach bazy. Używałem kamery termowizyjnej umiejscowionej na dachu, bo teren był ogromny i nieoświetlony. Ostatniej nocy, o godzinie około 2:15, zobaczyłem „ducha”. Cień odłączył zasilanie od jednej z kamer zewnętrznych oraz dużej lampy rtęciowej, manipulując w skrzynce bezpiecznikowej usytuowanej na zewnętrznej ścianie budynku, będącego kiedyś biurem przepustek. Nie było włamania – gość otworzył bramę własnym kluczem.
Jak się później dowiedziałem, był to szef ochrony - człowiek, któremu prezes ufał bezgranicznie.
Zrobiłem parę zdjęć jako backup aparatem Canon, który jako jedyny spośród posiadanych przeze mnie robi wyraźne zdjęcia w nocy bez lampy.
Zamiast dzwonić na policję, postawiłem na tradycyjny „ogon”. Jechałem za jego Fordem Transitem bez świateł, korzystając z noktowizora, do czasu wyjazdu z drogi polnej na krajówkę, a widząc, w którą stronę skręca, odczekałem chwilę, następnie włączyłem światła i pojechałem za nim. Dogoniłem go. Nie było z tym większego problemu, gdyż o tej godzinie na drodze znajdował się tylko on i ja. Doprowadził mnie do niepozornego warsztatu na obrzeżach miasta. Tam czekała już ekipa „odbiorców” w ciężarówce.
Adrenalina skoczyła, gdy podszedłem bliżej, by zrobić im zdjęcia twarzy. Jeden z pasażerów był uzbrojony – widziałem kaburę pod kurtką, gdy przeładowywali pudła z elektroniką.
Odruchowo sprawdziłem, czy mam na pasie mojego Walthera PPQ - nowszej wersji mojego ulubionego P99, którego miałem przyjemność poznać w czasie służby jako moją pierwszą klamkę służbową. PPQ ma poprawiony spust, ale manual ten sam co P99, czyli zrzut magazynka w kabłąku. Ach, te przyzwyczajenia. PPQ znajdował się w kaburze tak, jak go włożyłem rano, wyciągnąwszy go wcześniej z S1. Intuicyjnie wymacałem, czy jest podpięty magazynek.
Wyciągnąłem aparat z długim obiektywem zza kurtki i zrobiłem parę zdjęć. Miałem ich wszystkich: szefa ochrony przekazującego towar i ludzi ładujących go na ciężarówkę.
Nagle mój telefon otrzymał powiadomienie, mimo tego, że go przed akcją, jak zawsze, wyciszyłem... Nosz kur..., przeklnąłem w duchu. Gdzie popełniłem błąd? Rozległ się z echem wysokiego tonu dźwięk "dzyn, dzynk". Szef ochrony zamarł i zaczął omiatać latarką krzaki, w których leżałem. Czułem, jak serce wali mi o żebra. Przez chwilę światło było centymetry od mojej twarzy. Ruszyli w moją stronę z łomami. Wycofałem się cicho jak cień, dotarłem do auta i zamiast uciekać, zablokowałem im jedyną drogę wyjazdową, jednocześnie dzwoniąc na „gorącą linię” 112. Kiedy dziesięć minut później wpadły tam trzy miśkowozy na bombach, szef ochrony nawet nie próbował kłamać. W jego telefonie znaleźliśmy zdjęcia urządzeń pochodzących z magazynu.
W tym fachu największa adrenalina to nie moment strzału, tylko ta sekunda, gdy wiesz, że masz niezbity dowód, a oni jeszcze nie wiedzą, że ich świat właśnie się zawalił.
Rano mnie tak trzymała, że nie mogłem usnąć, mimo tego, że całą noc nie spałem i byłem na wysokich obrotach. Zjadłem śniadanie i zabrałem się za pisanie kwitów z działania (sprawozdania), następnie zadzwoniłem do zleceniodawcy i poinformowałem o działaniach w nocy, jednocześnie umówiłem się na przekazanie całej kwitologii.
Tak zakończyłem sprawę o kryptonimie: "ElektroSzaber".