Anatomia cienia. Rozmowa o kulisach współczesnej obserwacji przez detektywa.

Godzina 23:45. Parking przed podwrocławskim hotelem. Siedzę na tylnym siedzeniu samochodu operacyjnego Alfa z Czeczenem – wywiadowcą – bo tak o sobie mówi detektyw pracujący dla Agencji. Czeczen to pseudonim operacyjny. Jak sam wyjaśnia, na robocie nie posługujemy się ani imieniem, ani nazwiskiem. Bardzo często ksywki ciągną się za ludźmi jeszcze z czasów pracy w służbach – wyjaśnia Czeczen. Odzwierciedlają one dawne operacje, cechy charakteru i wyglądu lub specyficzne umiejętności. Wszystko dla bezpieczeństwa swojego oraz swoich rodzin.

Na wspólny wyjazd z Czeczenem namówił mnie kolega, który współpracuje z Agencją. Zawsze byłem ciekawy jak praca detektywa wygląda w realu a z racji, że służę w WOT i interesuje się nowoczesną technologią wojskową, chciałem poznać sprzęt, na jakim oni pracują.

Kolega rzucił krótkie ostrzeżenie, które postawiło mnie w stan pełnej gotowości: „Spodziewaj się telefonu w każdej chwili. Ktoś cię podejmie. Kto, gdzie i kiedy? Dowiesz się w kolejnej rozmowie. Dostaniesz pięciominutowe okno czasowe. Jeśli spóźnisz się choćby o sekundę, temat jest spalony, a kontakt zerwany na zawsze. Znak rozpoznawczy: czapeczka z daszkiem”. Zaczyna się ciężko – pomyślałem ze zrezygnowaniem.

Byłem na miejscu dokładnie o wyznaczonej godzinie. Ciemny, wrocławski zaułek, godzina 20:30. Plecami kontrolowałem zimny mur budynku, starając się wtopić w gęstniejący zmierzch. Moje oczy skanowały otoczenie w poszukiwaniu „czapki”, ale ulica wydawała się martwa. Klasyczny błąd nowicjusza – szukałem wzorem, który mi narzucono.

Nagle, bez żadnego szelestu, ktoś wyrósł za moimi plecami. Poczułem mocny, precyzyjny uścisk na lewym ramieniu – blokada motoryczna na staw, profesjonalne unieruchomienie.
– Witam, zapraszam – usłyszałem chłodny, pozbawiony emocji głos.

Mężczyzna nie miał na głowie żadnej czapki. Spojrzałem na niego z ukosa, gdy szybkim ruchem wskazał na stojące za rogiem z uruchomionym silnikiem kombi z przyciemnianymi szybami. Tylne drzwi były już uchylone – idealna procedura szybkiego podjęcia – jak się póżniej dowiedziałem.
– A gdzie czapeczka? – rzuciłem pod nosem, próbując ukryć drżenie głosu.
– Zmyła taktyczna – odpowiedział z lekkim, drapieżnym uśmiechem, po czym popchnął mnie delikatnie w stronę bezpiecznego wnętrza pojazdu.

Z impetem i narastającym lękiem wskoczyłem na tylną kanapę. Drzwi zatrzasnęły się głucho. Zanim zdążyłem złapać oddech, kierowca sięgnął na prawe siedzenie pasażera. Podniósł czarną bejsbolówkę i płynnym ruchem wcisnął ją na głowę. Dopiero teraz profil się zgadzał – pomyślałem.

Silnik natychmiast wszedł na wysokie obroty. Samochód ruszył z kopyta przekraczając ograniczenia prędkości w terenie zabudowanym. Kierowca prowadził agresywnie, ale z absolutną, chirurgiczną precyzją – ciągłe zmiany pasów, ostre skręty bez kierunkowskazów, klasyczna pętla kontrobserwacyjna mająca urwać potencjalny ogon. W czasie jazdy stale taksował w lusterkach przestrzeń za nami i na żadnym skrzyżowaniu nie zaglądał na boki. Jakby go podporządkowane w ogóle nie interesowały, zresztą główne drogi też. Nagle wyciągnął w moim kierunku otwartą, prawą dłoń.
– Czeczen – rzucił krótko, jakby podawał wojskowy sygnał wywoławczy.
– Andrzej – odpowiedziałem, chwytając jego twardy jak kamień uścisk.

Czeczen skwitował to jedynie ledwo zauważalnym skinięciem głowy. I tak właśnie, przy akompaniamencie ryczącego silnika i w świetle uciekających latarni, zaczęła się moja nocna przygoda z detektywem Agencji w czasie jego pracy. Jak oni to mówią : na robocie.

Dawniej musiałbym nerwowo mrugać długimi światłami lub ryzykować podejście pod samo okno z ciężkim aparatem fotograficznym. Jest godzina 22.30 a widzimy typa jak w dzień – wypala Czeczen. Na kokpicie stoi tablet, na którym widzimy ostry, jasny obraz z miniaturowej kamery ukrytej w obudowie latarni ulicznej. Urządzenie jest wielkości paczki zapałek. Przesyła obraz w czasie rzeczywistym przez sieć 5G i jednocześnie rejestruje wszystko, co się dzieje. W tym konkretnym przypadku ten podgląd jest dla nas markerem – sygnałem, że figurant opuszcza budynek po spotkaniu z kobietą i za chwile wsiądzie do samochodu, by udać się w nieznanym kierunku. Wtedy musimy rozpocząć obserwację ruchomą i ruszyć za nim dyskretnie na dwa samochody. W tamtym momencie nie mogliśmy podpiąć pod jego auto lokalizatora, dlatego w grę wchodziła czysta, mobilna „ogonówka” - tłumaczył wcześniej Czeczen.

W samochodzie ogólnie ciemno i cicho. Mam wrażenie, że Czeczenowi z trudem przychodzi rozmowa. Taki samotnik mi się zdaje. Ale rozkręca się, gdy zadaje pytanie. Mówi ogólnikowo ale na temat.

Mówiłeś wcześniej, że są tu wasze dwa samochody. Gdzie jest drugi samochód?

Obserwacja mobilna w pojedynkę to mit z amerykańskiego kina – odpowiada, po czym dodaje : w realiach miejskich jeden wóz zostaje szybko „spalony” – czyli zauważony przez figuranta – już po kilku kilometrach. Znam wielu detektywów, którzy próbując oszczędzić na kosztach robią tzw. solówkę. Często ich firmy po prostu nie dysponują drugim wozem. Efekt? Palą temat już przy pierwszym podejściu. Żeby zrobić to fachowo, trzeba użyć co najmniej dwóch samochodów. Kierowcy muszą być perfekcyjnie wyszkoleni, znać technikę poruszania się za celem, a przede wszystkim być zgrani. W czasie dynamicznych sytuacji na drodze porozumiewamy się za pomocą bardzo krótkich, precyzyjnych komunikatów. Tego nauczyła nas wieloletnia służba. Łączność między wozami operacyjnymi to absolutny fundament. Bez niej nie wyobrażam sobie pracy. Główna łączność idzie po GSM, zapasowa po radiu. Drugi wóz niedługo zobaczysz – odpowiada z uśmiechem Czeczen.

W takich działaniach samochód to dla Was drugi dom....

No i dlatego o wozy trzeba bezwzględnie dbać. Czasami spędza się w nich po 16 godzin na dobę z małymi przerwami na potrzeby heh. Mało komfortowo pracuje się w otoczeniu zeszłotygodniowych kanapek na tylnym siedzeniu, z szybą obklejoną martwymi owadami i filtrami wentylacji zatkanymi brudem. Zaufaj, delikatni już po tym co w życiu widzieliśmy to za bardzo nie jesteśmy. Tu też chodzi o bezpieczeństwo. Wyobraż sobie, że przy otwarciu drzwi wypada z wozu paragon z Biedry położonej w miejscowości twojego zamieszkania. Bo przed wyjazdem na robotę robiłeś zakupy na niedzielny obiad. Na podstawie informacji z paragonu można ustalić gdzie mieszkamy. Tego chcemy uniknąć więc za każdym razem samochody są sprzątane i dokładnie przeglądane. Co ciekawe, czystość zewnętrzna pojazdu ma równie wielkie znaczenie taktyczne – dopowiada z uśmiechem Czeczen. Nic tak nie zapada w pamięć jadącemu przed nami pacjentowi jak charakterystyczna plama po gołębich kupach na dachu, masce albo przedniej szybie. O stanie technicznym nawet nie wspomnę. Brak jednego światła czy nietypowe hałasy natychmiast zwrócą uwagę i spowodują, że z automatu zostaniesz opatrzony. Kiedyś jakiś " mądry łeb” wpadł na pomysł, by przy wymianie klocków hamulcowych zaoszczędzić i kupić tanie, niemarkowe zamienniki. Podczas każdego naciśnięcia pedału hamulca auto wydawało z siebie nieznośny pisk. Na skrzyżowaniach wszyscy przechodnie obracali głowy w naszą stronę. Z oszczędności zrobił się podwójny wydatek, bo klocki natychmiast musieliśmy wymienić na markowe. Jak widzisz nasze obecne samochody są duże, wygodne i przystosowane do długich obserwacji oraz tras. Pod maskami pracują mocne, dynamiczne diesle. Ze względu na specyfikę profesji proszę nie pisz o marce..

Ale gdzie jest drugie auto? Dlaczego go nie widzę?

„Bo tego wymaga sytuacja taktyczna” – odburknął mi tylko Czeczen, wpatrzony w ekran tabletu. Nastała cisza. Co jakiś czas spoglądaliśmy na zmianę przez termowizor. Silnik samochodu pacjenta, choć stoi już od kilkudziesięciu minut na przyhotelowym parkingu, wciąż świecił na czerwono – był ciepły. Chwilę po północy figurant wyszedł z hotelu. Nie był sam. Obraz z termo pokazał dwie sylwetki, z których jedna, niższa, należała do kobiety. Wtedy do akcji wszedł pełnoklatkowy Canon RP. Udało się zrobić ostre zdjęcia w głębokiej ciemności, a termowizja dodatkowo uwieczniła ten moment. Mieliśmy twarde kwity, czyli dowody procesowe dla klienta.

Dobry aparat to dzisiaj podstawa, rzekłem.

Jasne. Współczesny sprzęt pełnoklatkowy posiada zaawansowane systemy stabilizacji obrazu. Niwelują one drgania wywołane pracą silnika naszego auta czy podmuchami wiatru, co jest kluczowe przy obiektywach o dużej ogniskowej. Równie ważny jest tryb cichej migawki. Elektroniczny spust nie wydaje żadnego dźwięku, dzięki czemu nie zdradzimy swojej pozycji na POZ ( Posterunek Obserwacyjny Zakryty ). Taki aparat potrafi pracować przy minimalnym świetle, zamieniając nocne kadry w jasne dowody. Świetnym uzupełnieniem są też urządzenia nokto- i termowizyjne, których używamy również przy ochronie osób. Gdy zabezpieczamy posesję nocą, termowizja daje nam ogromną przewagę nad potencjalnym zamachowcem. Każda istota żywa, pracujący silnik, a nawet przedmiot dotknięty chwilę wcześniej emitują ciepło. Urządzenie zamienia te różnice temperatur na czytelny obraz, gdzie cieplejsze obiekty jaskrawo odcinają się od zimnego tła. Po dłuższej ciszy dodaje :

Wiesz ... nie jestem szpecem od techniki, od tego mamy człowieka, który jest elektronikiem pełną gębą. On chyba urodził się z lutownicą w dupie i często konstruuje dla nas autorskie „samodziały”, które sprawdzają się w robocie – powiedział z uśmiechem Czeczen. Niemniej jednak, obsługę każdego sprzętu musi opanować w Agencji każdy. W terenie nigdy nie wiadomo, kto, w jakiej sytuacji i po jaki środek techniczny będzie musiał nagle sięgnąć. Za chwilę będzie jechane! – dodał.

„Za dziesięć jedziemy” – padła krótka komenda przez radio. I po krótkim czasie, nagle, jak na sygnał, maszyna ruszyła. W końcu spostrzegłem drugi samochód – Betę, który siadł figurantowi na ogon, zachowując bezpieczny dystans. My z Czeczenem w Alfie odbiliśmy w zupełnie innym kierunku. Dzięki włączonej nawigacji mogliśmy śledzić pozycję naszego wozu na tle siatki ulic i budynków. Jako drugi punkt na nawigacji poruszała się Beta. Widzieli przestrzeń, kontrolowali sytuację globalnie - pomyślałem. Przez radio cały czas leciały krótkie, dynamiczne komunikaty – raz od kierowcy z Bety, raz od Czeczena. Dla laika są całkowicie niezrozumiałe, ale oni doskonale wiedzieli co robili. Nagle w tylnej szybie dostrzegłem Betę, a tuż przed nami pojawił się samochód figuranta. Przejęliśmy go i prowadziliśmy do najbliższego ronda. Zawijka na następnym kole – powiedział spokojnie po radiu Czeczen. Beta przyjęła – słychać było odpowiedz w głośniku. Na rondzie pacjent pojechał prosto, a my zjechaliśmy w pierwszy zjazd w prawo. W tym momencie Beta znów przejęła obserwację. Nagle sytuacja się skomplikowała. „Szlag, nie ma jak się nawiązać” – burknął Czeczen, patrząc w nawigację. Szybka nawrotka, powrót na rondo i dynamiczna jazda na wprost... z powrotem za Betą. Alfa na 6 – powiedział po radiu Czeczen, Beta przyjęła, padła odpowiedz w głośniku. Tak wygląda ta gra.... bujaliśmy się po mieście jeszcze z 40 minut. Po tym czasie figurant podjechał pod dom w którym mieszkał, wjechał samochodem do garażu i udał sie na nocny spoczynek do – tym razem – własnego łóżka.

Sprzęt musi być nie zawodny – burknąłem zmęczonym głosem.

Okresowa obsługa sprzętu to świętość. Pamiętam z czasów pracy w służbach przypadki, gdy braliśmy sprzęt na realizację, a na miejscu okazywało się, że jest rozładowany. Bywało, że komuś szkoda było kasy na nowe baterie do fotopułapek – bo jak to rozpisać, jak uzasadnić w kwitach. W efekcie akumulatory trzymały chwilę i w kluczowym momencie, gdy fotopułapka miała zrobić zdjęcie informujące o zdarzeniu w rejonie, urządzenie po prostu było martwe. W Agencji nie możemy sobie na to pozwolić. Gdy mamy konkretne zlecenie, klient oczekuje wyników naszej pracy w postaci dowodów więc sprzęt musi być sprawny w stu procentach. Nauczeni doświadczeniem poświęcamy kilka dni w miesiącu wyłącznie na konserwację urządzeń, naukę ich funkcji i treningi z obsługi. To sztywna procedura. Jak to sie kiedyś mówiło : obsługa haha – dodał z usmiechem Czeczen.

Korzystacie z dronów? - zadałem pytanie, które nurtowało mnie od samego początku. Bo wiemy, jaka sytuacja jest na Ukrainie i co drony potrafią tam zrobić.

Jasne, drony robią robotę. Ostatnio mieliśmy zlecenie dotyczące poszukiwania dziecka. Ojciec, wbrew nakazowi sądu, nie przekazał córki pod opiekę matki i ukrył się z dzieckiem. Ustaliliśmy operacyjnie tylko do której górskiej miejscowości turystycznej wyjechał i jakim samochodem się porusza. Gdybyśmy mieli przeszukiwać całą wioskę pieszo lub samochodami, zajęłoby to mnóstwo czasu, którego nie mieliśmy. Użyliśmy drona. Z powietrza w bardzo krótkim czasie namierzyliśmy zaparkowany samochód figuranta, a chwilę później wynajęty przez niego domek letniskowy. Sprawa zakończyła się pełnym sukcesem – dziecko zostało odnalezione i córka wróciła do matki. Sytuacji jest wiele, w których dron przyczynił sie do zdobycia dowodów. Tam, gdzie nie da sie podejść, można posłużyć sie BSP. Przypominam sobie też jedno z ostatnich działań, mieliśmy obserwować bramę hali produkcyjnej pod kątem wjeżdzających i wyjeżdzających ciągników z naczepami w dzień ale problem polegał na tym, że ta brama znajdowała sie jakieś 200 metrów od ogrodzenia i ogólnie była zasłonięta przez jakies budynki. BSP z powietrza zrobiło wtedy robotę. Nasze drony potrafią odlecieć na odległość paru kilometrów ale dokładnych danych teraz juz nie pamiętam – skwitował Czeczen.

Na koniec zapytam o absolutną podstawę. Co zawsze masz przy sobie przed wyjściem w teren?

Rozmawiając o zaawansowanej technologii, nie można zapomnieć o klasyce, czyli o latarkach i nożykach haha. Przed każdą realizacją wrzucam do plecaka dwie sztuki: jedną mocną, ręczną, a drugą czołową. Ta druga jest o tyle świetna, że oprócz białego światła posiada też dyskretne, czerwone. Sprawdziła mi się na wielu akcjach jeszcze w czasach służby. Czołówka jest niezastąpiona, gdy musisz mieć wolne ręce – na przykład przy budowie POZ-u w gęstym, lesistym terenie. Bo i takie sytuacje się zdarzają. Nożyki to głównie scyzoryk kieszeniowy. No i micha – dodaje z usmiechem, coś mokrego do picia. Reszta szpeju to w zależności od zadania konfigurujemy sobie sami.

Była godzina 2.30 w nocy, gdy Czeczen oznajmił do Brawo po radiu : zawijamy się. Najpierw ryszyła Alfa a po 10 minutach - z tego co opowaidał mój nowo poznany znajomy - z rejonu odjechała Beta. Jechaliśmy w ciszy pustymi ulicami Wrocławia. Czeczen kilka razy – z tego co mi tłumaczył – po drodze wykonał manewry sprawdzające, po czym przed godziną 3 zostałem odwieziony pod swoje osiedle, gdzie miałem zostawiony samochód, którym dojechałem juz do swojego domu. To była ciekawa przygoda, pełna adrenaliny i dająca poznać nowy sprzęt na którym pracuje na co dzień Agencja.


Z oczywistych powodów moje imię jest – na potrzeby tekstu – zmienione, a personalia niech zostaną tajemnicą.

Cdn.