Kryptonim: 25 metrów na czerwono

Plan był prosty: „przerzutka” pacjenta przez chodnik. Jakieś 25 metrów. Od obrotowych drzwi biurowca do Audi. Klasyka, rutyna, nuda. Klient – telefon przy uchu, pełen relaks, garnitur droższy niż moje pierwsze trzy auta. Ja jako „jedynka” skanuję sektor od 9 do 3. Moje oczy pracują jak radar, szukając czegoś, co nie pasuje do obrazka. I nagle trafiam. Godzina 10. Szara bluza, młody, jakieś 185 wzrostu. Gość popełnił błąd, który od razu zaświecił mi w głowie czerwoną lampkę. Nie gapił się na twarz VIP-a jak zwykły gapiś czy fan. On patrzył na jego ręce. W świecie ochrony to jasny sygnał: napastnik nie szuka kontaktu wzrokowego, on namierza cel. Jego prawa dłoń nienaturalnie głęboko w kieszeni kangurki. Odruchowo przycisnąłem prawą rękę do ciała, sprawdzając, czy klamka jest na swoim miejscu. Walther PPQ tam był, z wprowadzonym nabojem do komory czekał na oddanie strzału. „Będzie jatka” – przemknęło mi przez myśl.

„Zawijamy się” - rzucam cicho, kładąc dłoń na plecach pacjenta. I tu zaczynają się schody. Przed kontraktem zawsze robimy „drille” z klientem – tłumaczymy komendy, pokazujemy, jak ma reagować. Ten egzemplarz się nie zgodził. „Brak czasu, po co to komu, przecież od tego mam was”. No to teraz mieliśmy „nas”. Zamiast przyspieszyć, facet zrobił coś dokładnie odwrotnego: zwolnił. Zaczął się rozglądać, szukać zagrożenia, jakby nagle stał się komandosem z Discovery. Zauważył typa w bluzie i zamiast przyśpieszyć, zaczął celebrować każdy krok. Chciał przedłużyć czas w „bezpiecznej” strefie, która właśnie stawała się linią ognia. Nosz k***a... pomyślałem. „Szara Bluza” rusza. Wyciąga rękę z kieszeni –  widzę coś czarnego i metalowego. Gaz? Nóż? Pistolet? Nie ma czasu na analizę. Wszedłem w jego linię. Moje ciało jako tarcza między „Szarą Bluzą” a VIP-em. Lewa ręka wolna, prawa gotowa do pchnięcia tego uparciucha do środka Audi.

– „ATAK, ATAK, ATAK,  LEWA!” – ryczę do radia.

Odruch z setek godzin szkoleń: lewa ręka w górę, jakbym chciał złapać się za lewe ucho. Zasada numer jeden: chroń swój komputer. Jeśli dostanę w głowę, nikt stąd nie wyjdzie. W tamtym ułamku sekundy wchodzi tryb, którego nauczyliśmy się na szkoleniach i treningach. Wszystko wokół zwalnia. To takie specyficzne slow motion – dźwięki miasta cichną, a ty widzisz świat w klatkach. Analizujesz, wyliczasz, przewidujesz. Moja pierwsza myśl - nie: „uderzyć go i nie wyciągać klamy bez potrzeby”. Moja myśl to kontekst. Żyjemy w świecie Big Brothera. Każda ulica miasta ma oko, każdy świadek ma smartfona. Gdybym wypalił „Szarej Bluzie” klasyczną lepę  albo zaczął okładać go pięściami, na nagraniu z monitoringu wyglądałbym jak agresor. Media by mnie zjadły, a prawnicy klienta mieli używkę. Moje dłonie nie zaciskają się w pięści. Nie chcę zostawiać śladów, nie chcę eskalować tam, gdzie wystarczy masa. Stosuję technikę, której uczą tylko w najlepszych szkołach: neutralizacja przez stabilną pozycję. Więc zamiast zadawać ciosy, używam fizyki. Wykorzystuję ramię i klatkę piersiową jak taran, ale taki, który wygląda na „odgradzanie”, a nie na atak.  Jednocześnie taranuję gościa klatką piersiową. Nie uderzam, po prostu wchodzę w niego całym ciężarem, niszcząc jego środek ciężkości. Padł. Ja w tym samym momencie niemal wrzucam klienta na tylną kanapę Audi. Pakuję się za nim, zero elegancji, czysta fizyka. Nogi jeszcze na zewnątrz, a kierowca już pali gumę. Słyszę tylko huk uderzenia w karoserię – to ten facet rzucił czymś w auto. Pędzimy. Serce wali 160 razy na minutę, ale twarz mam z lodu.

– „Wszystko w porządku? Jest pan ranny?” – pytam, skanując wzrokiem jego i siebie jednocześnie będąc na łączach z resztą paki. 

Klient? Blady jak ściana, trzęsą mu się ręce, telefon dawno na podłodze. Dopiero teraz dotarło do niego, że te „drille”, na które nie miał czasu, to jedyne, co dzieli go od OiOM-u. Później okazało się, że " Szara bluza " to „tylko” desperat z atrapą pistoletu, który miał jakieś zaległe sprawy do wyjaśnienia z ochranianym przez Agencję Vipem. Ale dla mnie nie ma „tylko” ...  Audi po robocie musiało trafić do blacharza 🙁 . 

Kryptonim: Zdrada Sportowa

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta z Rybnika, która twierdzi, że mąż ją zdradza. „Marek, on nagle zaczął dbać o formę. Trzy razy w tygodniu wieczorami, jeździ od razu po pracy na squasha. Wraca zmęczony, ale... jego torba sportowa pachnie proszkiem do prania a nie potem, ciuchy poskładane jak przed wyjściem i zdaje mi się, że ich w ogóle nie wyciąga i nie pierze. Zachowuje się co najmniej dziwnie” – powiedziała mi przez telefon.

Postanowiłem wsiąść tą sprawę więc umówiłem się z klientka w jednej z rybnickich kawiarni w celu podpisania kwitologii i zebrania materiałów na pacjenta.

Marek, średniej budowy facet z wystającym brzuchem po 40, niski, siwiejący, w sumie normalnie wyglądający typ – tak przedstawiał się na dostarczonych przez klientkę zdjęciach, jednak co go wyróżniało to to, ze zawsze w garniaku i w krawacie, zadbany, Widać, że majętny. Pani Hania oświadczyła, że mąż porusza się czarnym BMW X5 i jest handlowcem w jej firmie. W zakłopotaniu przyznała, ze mąż stał się oziębły, unika kontaktów, po prostu jest już inny niż wcześniej.

Aby się nie spalić zacząłem obserwację nie z miejsca zamieszkania figuranta a z miejsca w którym się regularnie pojawiał w poniedziałki, środy i piątki o godzinie 17 czyli od klubu sportowego. Marek rzeczywiście tam podjechał swoją X5 , wszedł z torbą ubrany jak zawsze w garnitur, ale wyszedł parę minut później bez torby, ubrany w luźną koszule i spodnie od garnituru. Wsiadł do samochodu i odjechał.

Puściłem się za nim zachowując bezpieczny dystans. W mieście obserwacja mobilna jest jak taniec – musisz wyczuć rytm świateł, tańczyć z samochodami jadącymi przed tobą, za tobą i włączającymi się do ruchu jak z partnerką powabnie, delikatnie ale i żywiołowo i energicznie. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Odpychać wózek tak, aby figurant się nie zorientował, że ma ogon a jednocześnie go nie zgubić. Kiedy on przejeżdżał na późnym żółtym, ja musiałem zaryzykować i jechać za nim. Tylko teraz już nie kryła mnie służbowa blacha i jak coś to w najlepszym wypadku parę punktów karnych mogło przybyć a banknotów ubyć. Okazało się, że Marek to fan jazdy ekstremalnej. Jego BMW rozpędzało sie często ponad 120 kilo na godzinę w zabudowanym, doprowadzał do licznych manewrów wymuszonych, wyprzedzał na podwójnej ciągłej. Wszystko to jakoś ogarniałem, aż do wjazdu na rondo przy placu budowy, bo X5 zahamowało gwałtownie, niemal zmuszając mnie do wbicia się w jego zderzak. Odbił w prawo w wąską uliczkę z zakazem wjazdu. Zrozumiałem, że spaliłem się. Wyczuł mnie albo po prostu był szkolony, by sprawdzać „ogon”, albo po prostu zwykły pech. Moja obserwacja mobilna została zerwana w ułamku sekundy. Gdybym pojechał za nim pod prąd, wiedziałby na sto procent, że go śledzę a póki co to być może to tylko podejrzewa. Szlak by trafił. Pojechałem na rondzie prosto, uderzyłem dłonią w kierownicę i zakląłem. Ale w tym zawodzie porażka to tylko nowa informacja. Skoro uciekał, znaczy, że miał dziś spotkanie, o którym nikt nie miał się dowiedzieć. Może się spieszył. Wiedziałem, że za jakiś czas Marek poczuje się bezpieczny i jego działania wrócą do normalności. Wygasi czujność a ja będę już na niego czekał, tylko w innym aucie i z nową strategią.

Działania przerwałem na tydzień dając o tym znać klientce. Po tym czasie wróciłem w okolice felernego ronda i zaparkowałem już inny samochód za uliczką jednokierunkową, za którą ostatnio wbiło się czarne BMW. Była środa godzina 17.10.

Jest. Jedzie jak ostatnio pod prąd przez krótką uliczkę jednokierunkową. Jest mój. Podążam za nim jakieś 700 metrów. Zatrzymuje się. Wyciągam Sony Alfa z obiektywem 55 – 300 i robię zdjęcia. Jest dowód. Marek wszedł na posesję domu, wychodzi kobieta, pada mu w ramiona, całują się na przywitanie. Spędził tam dwie godziny.

Kiedy wyszedł, puściłem się znowu za nim. Jechał już przepisowo i nie sprawdzał się więc jazda za nim była już przyjemnością. Czarne BMW X5 podjechało pod klub sportowy, następnie Marek wszedł do środka i po chwili wyszedł z torbą w ręce mając na sobie garnitur jak zawsze wychodząc z pracy. I tu nastąpił moment, który zdradza amatorów. Marek wyciągnął z bagażnika butelkę wody mineralnej i wylał ją sobie na głowę oraz kark. Potem energicznie wytarł się ręcznikiem z torby, żeby wyglądać na spoconego po treningu.

Zrobiłem serię zdjęć – od momentu „prysznica z butelki” po wejście do swojego domu. Ale to nie był koniec. Realna praca wymaga twardych dowodów na to, z kim się spotykał.

Następnego dnia sprawdziłem kto mieszka pod adresem domu do którego udał się potajemnie Marek. Okazało się, że kobieta z którą spotykał się Marek była wspólniczką klientki, z którą rzekomo zerwali kontakty trzy lata temu po wielkiej kłótni o pieniądze. Okazało się, że zdrada nie była tylko łóżkowa. Marcin i ta kobieta wspólnie wyprowadzali zlecenia z biura Pani Hani do nowej, ukrytej firmy.

Kiedy pokazałem klientce zdjęcia Marka wylewającego na siebie wodę pod klubem, nie płakała. Zaczęła się śmiać. „Wiedziałam, że ten drań jest zbyt leniwy na squasha” – mruknęła. Przekazałem klientce sprawozdanie z działań, uważając, że czas zamknąć sprawę o kryptonimie : " zdrada sportowa "

To była „podwójna zdrada” – uczuciowa i biznesowa. W sądzie te zdjęcia z butelką wody były warte więcej niż jakikolwiek zapis z GPS-a.

Kryptonim: poszukiwanie Nasto Barta

Zgłosili się do mnie rodzice 17-letniego Bartka. Chłopak, wzorowy uczeń, po prostu nie wrócił ze szkoły w piątek. A była już sobota rano!!! Twierdzą, że syn nigdzie się nie szwendał po lekcjach, zawsze na czas w domu, żadnych dziewczyn czy narkotyków, zero używek. Policja przyjęła zgłoszenie, ale wiesz, jak to jest – „pewnie ucieczka z domu, wróci, jak mu się skończą pieniądze”. Nadali mu drugi stopień i czekają cierpliwie, aż rodzice dadzą znać, że syn już wrócił i będą mogli w końcu z wielką ulgą zamknąć dopiero co rozpoczętą sprawę. Rodzice twierdzili, że ucieczka Bartka z domu to nie w jego stylu i że musiało mu się raczej coś stać, a nawet – z uwagi na swój stan majątkowy – bo Bartek wychowywany był w dość bogatej rodzinie – nie wykluczali porwania w celu okupu. Ojciec to prezes większej spółki budowlanej, matka właścicielka sieci sklepów spożywczych. Po podpisaniu umowy o usługach detektywistycznych rodzice dali mi możliwość luknięcia w pokój nastolatka. Poskładane w szafie markowe ciuchy - - jak mi się zdawało, bo wielkim znawcą tematu nie jestem - , sporo drogich butów sportowych, trochę traperów, spodni moro... Poczułem, że Barto to nie tylko poukładany chłopczyk, jak twierdzą rodzice, ale też ma drugie oblicze i że lubi się gdzieś ekstremalnie pobawić. Docierało do mnie, że czasu chłopakowi poświęcali chyba zbyt mało i do końca chyba nie znają swojego syna.

Na biurku mocno wypasiony laptop.. Rodzice znają hasło. Odpalam sprzęt. Sporo zdjęć – większość kopiuję na swój pendrive, aby wiedzieć, jak poszukiwany wygląda.

Przejrzałem historię przeglądarki i media społecznościowe. Barto nie szukał biletów na PKP czy autobusowych, które umożliwiłyby mu ucieczkę, ale od miesiąca intensywnie sprawdzał fora dotyczące urban exploration (urbex) – nielegalnego zwiedzania opuszczonych fabryk i szpitali. Sporo zdjęć w kompie z opustoszałych hal produkcyjnych, sporo zdjęć wspólnie z jakąś ekipą wypadową, z którą często, jak widać, latał po budynkach. W Google Maps znalazłem pinezkę postawioną w lesie pod miastem, w miejscu starej bazy wojskowej. I to był dla mnie sygnał. Intuicja podpowiadała mi, że tam właśnie powinienem rozpocząć poszukiwania.

Zgłosiłem całą sprawę do centrali i dostałem zielone światło na działanie samemu. Była godzina 17, więc biorąc pod uwagę, że muszę pojechać po szpej oraz się przebrać, wiedziałem, że na obiekt spod pinezki podejdę już w nocy. A raczej trzeba było działać już, a nie czekać do rana, bo było zagrożone życie i zdrowie Barta. To nie było miejsce na nowe ciuchy. Założyłem więc buty trekkingowe i ubrałem się w styraną wuzetę wzoru 2010, którego mam parę sztuk po skończonej kilka lat temu służbie i trzymam na okazję, gdy będę mógł znowu zatopić się w moje ulubione tereny zielone. Wziąłem latarkę czołową pamiętającą czasy służby na granicy polsko-białoruskiej, która oprócz światła białego daje również lekkie czerwone, latarkę ręczną, termowizor, no i wiadomo... klamkę. Jednakże zmieniłem z ulubionego Walthera PPQ, który jeszcze pachnie nowością, na CZ P07, który już nieco przeszedł i gwint na lufie po przelocie tysięcy sztuk amunicji pozostał już tylko wspomnieniem. Nie myślałem o tym. Zrobiłem to odruchowo. W terenie, na który jechałem, po prostu ta klama dawała mi większą niezawodność. Jest z kurkiem zewnętrznym, może mniej wygodna, ale... Po prostu z praktyki wiem, że zawsze gdzieś można w zurbanizowanym się przerysować i szkoda by mi było prawie nowego PPQ. Po 19 godzinie podjechałem na zgaszonych światłach samochodem pod rejon bazy. Idąc tak, jak nas uczyli na szkoleniach dla strzelców wyborowych, poruszałem się pomału do przodu. W takich sytuacjach człowiek się przełącza. Lata treningu powodują, że zadziałała pamięć mięśniowa i to, co nam wbijali do głowy. Nie da się już działać inaczej. Zapach drzew zmieszany ze środkiem odstraszającym kleszcze powoduje, że zaczyna pracować część mózgu, która w normalnych warunkach jest wyłączona. Zostaje rysa na berecie – pomyślałem w ciszy, wspominając nie tak dawne jeszcze czasy. Poruszałem się po cichu, kładąc całe stopy na gruncie, tak jakby się przyklejały i odklejały do ziemi, unikając przedmiotów, które po nadepnięciu mogą wytwarzać jakikolwiek hałas. Szedłem w cieniu, przyklejony do ścian. Przez framugę bez drzwi wlałem się w budynek. Baza to labirynt betonowych korytarzy i szybów windy bez zabezpieczeń. Chodzenie tam samemu to proszenie się o kłopoty. Po dwóch godzinach chodzenia po obiekcie termowizor wyłapał jasną plamę w jednym z głębokich fundamentów. Ktoś tam był. Jedna osoba, raczej siedząca na ziemi szybu windy. Dziwne. Jedna osoba? A gdzie porywacze? Podszedłem bliżej, krzyknąłem cicho, wołając, kto jest na dole. Usłyszałem głos młodego człowieka:

-Bartek? – zapytałem.

Sprawa wydała się już prosta. Podczas nocnego robienia zdjęć Bartek spadł z wysokości ponad czterech metrów i skręcił nogę tak nieszczęśliwie, że nie mógł się wydostać. Zresztą, nawet gdyby nic się mu nie stało, też by się nie wydostał. Jego Samsung wyleciał mu z kieszeni i rozbił się tak, że nawet nie dało się go włączyć, zresztą na tym zadupiu i tak nie było zasięgu w ogóle. Spędził tam ponad 24 godziny. Klnąłem w duchu, że nie wziąłem z sobą ZPG (zasobnik piechoty górskiej – plecak), w którym mam zawsze przytroczony kawałek liny. Wezwałem straż pożarną i pogotowie, podając dokładne współrzędne. Zrzuciłem mu bluzę munduru, aby chłopak choć trochę zadbał o swoją termikę. Bartek założył ją. Siedziałem przy krawędzi szybu i rozmawiałem z nim, dopóki nie przyjechali, żeby nie stracił przytomności z wychłodzenia.

Po godzinie 23 dostarczyłem rodzicom to, co najważniejsze – ich syna. Nie wystawiłem faktury za raport, bo do niczego rodzicom on nie był potrzebny, tylko za paliwo i czas poświęcony na miejscu. Czasami w tym zawodzie nie chodzi o dowody do sądu, ale o to, żeby ktoś mógł wrócić do własnego domu.

W domu byłem dopiero o 1 w nocy. Nawet nie zakładałem teczki ze sprawą, ale odruchowo gdzieś w duchu, jadąc na obiekt, wymyśliłem kryptonim dla sprawy: "poszukiwanie NastoBarta". No i odruchowo w duchu przed snem uznałem, że sprawa "poszukiwanie NastoBarta" została zamknięta.

Dobranoc.

Kryptonim- "ElektroSzaber"

Pewnego dnia zadzwonił prezes ogólnopolskiej sieci hurtowni budowlanych. Ktoś systematycznie „czyścił” mu magazyn centralny z drogiej elektroniki. Straty szły w setki tysięcy złotych, a audyty pokazywały, że towar fizycznie wciąż tam jest.

Poczułem adrenalinę już na pierwszym spotkaniu. Wiedziałem, że mam do czynienia z profesjonalistą wewnątrz firmy. Ktoś zhakował system stanów magazynowych.

Zacząłem od obserwacji stacjonarnej (czatowania). Przez trzy noce gniłem w jednym z samochodów operacyjnych – samochodzie dostawczym, będącym jednocześnie mobilnym TOC-iem (tactical operation center), zaparkowanym między naczepami skrzyniowymi na tyłach bazy. Używałem kamery termowizyjnej umiejscowionej na dachu, bo teren był ogromny i nieoświetlony. Ostatniej nocy, o godzinie około 2:15, zobaczyłem „ducha”. Cień odłączył zasilanie od jednej z kamer zewnętrznych oraz dużej lampy rtęciowej, manipulując w skrzynce bezpiecznikowej usytuowanej na zewnętrznej ścianie budynku, będącego kiedyś biurem przepustek. Nie było włamania – gość otworzył bramę własnym kluczem.

Jak się później dowiedziałem, był to szef ochrony - człowiek, któremu prezes ufał bezgranicznie.

Zrobiłem parę zdjęć jako backup aparatem Canon, który jako jedyny spośród posiadanych przeze mnie robi wyraźne zdjęcia w nocy bez lampy.

Zamiast dzwonić na policję, postawiłem na tradycyjny „ogon”. Jechałem za jego Fordem Transitem bez świateł, korzystając z noktowizora, do czasu wyjazdu z drogi polnej na krajówkę, a widząc, w którą stronę skręca, odczekałem chwilę, następnie włączyłem światła i pojechałem za nim. Dogoniłem go. Nie było z tym większego problemu, gdyż o tej godzinie na drodze znajdował się tylko on i ja. Doprowadził mnie do niepozornego warsztatu na obrzeżach miasta. Tam czekała już ekipa „odbiorców” w ciężarówce.

Adrenalina skoczyła, gdy podszedłem bliżej, by zrobić im zdjęcia twarzy. Jeden z pasażerów był uzbrojony – widziałem kaburę pod kurtką, gdy przeładowywali pudła z elektroniką.

Odruchowo sprawdziłem, czy mam na pasie mojego Walthera PPQ - nowszej wersji mojego ulubionego P99, którego miałem przyjemność poznać w czasie służby jako moją pierwszą klamkę służbową. PPQ ma poprawiony spust, ale manual ten sam co P99, czyli zrzut magazynka w kabłąku. Ach, te przyzwyczajenia. PPQ znajdował się w kaburze tak, jak go włożyłem rano, wyciągnąwszy go wcześniej z S1. Intuicyjnie wymacałem, czy jest podpięty magazynek.

Wyciągnąłem aparat z długim obiektywem zza kurtki i zrobiłem parę zdjęć. Miałem ich wszystkich: szefa ochrony przekazującego towar i ludzi ładujących go na ciężarówkę.

Nagle mój telefon otrzymał powiadomienie, mimo tego, że go przed akcją, jak zawsze, wyciszyłem... Nosz kur..., przeklnąłem w duchu. Gdzie popełniłem błąd? Rozległ się z echem wysokiego tonu dźwięk "dzyn, dzynk". Szef ochrony zamarł i zaczął omiatać latarką krzaki, w których leżałem. Czułem, jak serce wali mi o żebra. Przez chwilę światło było centymetry od mojej twarzy. Ruszyli w moją stronę z łomami. Wycofałem się cicho jak cień, dotarłem do auta i zamiast uciekać, zablokowałem im jedyną drogę wyjazdową, jednocześnie dzwoniąc na „gorącą linię” 112. Kiedy dziesięć minut później wpadły tam trzy miśkowozy na bombach, szef ochrony nawet nie próbował kłamać. W jego telefonie znaleźliśmy zdjęcia urządzeń pochodzących z magazynu.

W tym fachu największa adrenalina to nie moment strzału, tylko ta sekunda, gdy wiesz, że masz niezbity dowód, a oni jeszcze nie wiedzą, że ich świat właśnie się zawalił.

Rano mnie tak trzymała, że nie mogłem usnąć, mimo tego, że całą noc nie spałem i byłem na wysokich obrotach. Zjadłem śniadanie i zabrałem się za pisanie kwitów z działania (sprawozdania), następnie zadzwoniłem do zleceniodawcy i poinformowałem o działaniach w nocy, jednocześnie umówiłem się na przekazanie całej kwitologii.

Tak zakończyłem sprawę o kryptonimie: "ElektroSzaber".

Kryptonim - "Kasa Pana Edka"

To zlecenie zaczęło się od zwykłego e-maila: „Chodzi o mojego ojca. Myślę, że ktoś go okrada”. Klasyka. Zazwyczaj to albo urojenia starszego człowieka, młoda kochanka pompująca kasę albo pazerny sąsiad. Ale kiedy spotkałem się z Panią Alicją w małej kawiarni na wrocławskich Krzykach, sprawa nabrała kolorów.

Przez pierwszy tydzień po prostu za nim chodziłem. Edward był sprawnym facetem, nie wyglądającym na tyle lat, ile ma. Widać, że wcześniej sporo trenował, gdyż krok miał sprężysty jak na swoje lata. Codziennie o dziesiątej rano wychodził do parku, karmił gołębie (choć jest zakaz), a potem szedł do biblioteki, w której przebywał parę godzin. Żadnych luksusowych restauracji, żadnych kochanek, żadnych podejrzanych typów pod klatką. Czysta nuda.

Zmieniło się to w środę. Edward zamiast do biblioteki pojechał autobusem na drugą stronę miasta. Wszedł do małego, niepozornego biura nad warsztatem samochodowym. Na szyldzie widniało: „Konsultacje Finansowe – Twój Kapitał”.

Zaczekałem, aż wyjdzie, i wszedłem do środka, podając się za kogoś, kto szuka inwestycji dla „dzianego wujka”. W środku siedział chłopak, który mógłby być moim synem, w garniturze ze sztucznego materiału i z uśmiechem, który był zbyt biały, by być prawdziwy.

Szybko sprawdziłem ich KRS w telefonie pod stołem. Firma zarejestrowana dwa miesiące temu na „słupa”, kapitał zakładowy pięć tysięcy złotych. To nie był filmowy spisek, to była zwykła, podła „maszynka do mielenia seniorów”.

Najtrudniejsza część mojej pracy to nie pościgi. To moment, w którym musisz powiedzieć starszemu panu, który całe życie pracował jako inżynier, że dał się nabrać jak dziecko.

Kiedy pokazałem Edwardowi zdjęcia i raporty finansowe tej „firmy”, nie krzyczał. Usiadł tylko głębiej w fotelu i przez długą chwilę patrzył w okno.

Dzięki moim dowodom policja zamknęła biuro dwa dni później. Odzyskaliśmy tylko połowę pieniędzy – reszta zdążyła już „wyparować” przez kryptowaluty na zagraniczne konta. Alicja zapłaciła mi fakturę z lekkim opóźnieniem, dziękując za uratowanie resztek godności jej ojca i sporej sumy pieniędzy. Kwity sprawy zostały zgodnie z ustawą przekazane Klientce. I tak sprawa o kryptonimie "Kasa Pana Edka" została przeze mnie zamknięta.

To nie była wielka sprawa. Nikt do mnie nie strzelał. Ale wtedy, gdy wieczorem wracałem do domu, czułem ten specyficzny ciężar w żołądku. Realizm mojej pracy to nie tylko adrenalina.

Również świadomość, że najwięksi dranie nie noszą masek, tylko tanie garnitury i szerokie uśmiechy.