








Zgłosili się do mnie rodzice 17-letniego Bartka. Chłopak, wzorowy uczeń, po prostu nie wrócił ze szkoły w piątek. A była już sobota rano.
Twierdzili, że syn nigdzie się nie szwendał po lekcjach - zawsze wracał na czas, żadnych dziewczyn czy narkotyków, zero używek. Policja przyjęła zgłoszenie, ale — jak to bywa — uznano, że to pewnie ucieczka z domu i wróci, gdy skończą mu się pieniądze. Nadano mu drugi stopień i czekano cierpliwie, aż rodzice dadzą znać, że syn wrócił i sprawę będzie można zamknąć.
Rodzice jednak twierdzili, że ucieczka Bartka nie była w jego stylu i że musiało mu się raczej coś stać. Ze względu na ich status majątkowy — ojciec był prezesem większej spółki budowlanej, matka właścicielką sieci sklepów spożywczych — nie wykluczali nawet porwania dla okupu.
Po podpisaniu umowy o usługi detektywistyczne rodzice dali mi możliwość zajrzenia do pokoju nastolatka. Poskładane w szafie markowe ubrania — jak mi się zdawało, choć wielkim znawcą nie jestem — sporo drogich butów sportowych, trochę traperów, spodnie moro… Poczułem, że Bartek to nie tylko poukładany chłopak, jak twierdzili rodzice, ale też ktoś, kto miał swoje drugie oblicze i lubił bardziej ekstremalne formy spędzania czasu. Docierało do mnie, że rodzice poświęcali mu chyba zbyt mało uwagi i do końca go nie znali.
Na biurku stał mocno wypasiony laptop. Rodzice znali hasło, więc go uruchomiłem. Było na nim sporo zdjęć — większość skopiowałem na pendrive, aby wiedzieć, jak wygląda poszukiwany.
Przejrzałem historię przeglądarki i media społecznościowe. Bartek nie szukał biletów PKP ani autobusowych, które umożliwiłyby mu ucieczkę. Od miesiąca intensywnie interesował się forami dotyczącymi urban exploration — nielegalnego zwiedzania opuszczonych fabryk i szpitali. Na komputerze znalazłem wiele zdjęć opustoszałych hal produkcyjnych oraz fotografie, na których był razem z ekipą wypadową, z którą często eksplorował różne obiekty.
W Google Maps zauważyłem pinezkę umieszczoną w lesie pod miastem, w miejscu starej bazy wojskowej. To był dla mnie sygnał. Intuicja podpowiadała, że właśnie tam powinienem rozpocząć poszukiwania.
Zgłosiłem sprawę do centrali i otrzymałem zielone światło na samodzielne działanie. Była godzina 17, więc wiedziałem, że po przygotowaniu sprzętu i przebrania dotrę na miejsce dopiero w nocy. Trzeba było działać natychmiast — mogło chodzić o zagrożenie życia i zdrowia Bartka.
Nie było to miejsce na nowe ubrania. Założyłem buty trekkingowe i starą, wysłużoną mundurówkę wzoru 2010, którą zachowałem po zakończeniu służby. Wziąłem latarkę czołową z czasów służby na granicy polsko-białoruskiej, oferującą światło białe i czerwone, latarkę ręczną, termowizor oraz broń. Zamiast ulubionego Walthera PPQ wybrałem CZ P-07 — bardziej zaufaną w trudnych warunkach, choć mniej „nowoczesną” w odczuciu. Kierowałem się praktyką, nie sentymentem.
Po godzinie 19 podjechałem na miejsce z wyłączonymi światłami samochodu. Poruszałem się powoli i ostrożnie, zgodnie z zasadami znanymi ze szkoleń. W takich sytuacjach człowiek przełącza się na tryb działania oparty na nawykach i pamięci mięśniowej. Zapach lasu zmieszany ze środkiem odstraszającym kleszcze tworzył charakterystyczne tło, które tylko potęgowało koncentrację.
Przemieszczałem się cicho, stawiając stopy tak, by minimalizować hałas. Trzymałem się ścian i cieni. Przez otwór bez drzwi wszedłem do środka. Baza była labiryntem betonowych korytarzy i szybów windowych bez zabezpieczeń. Poruszanie się tam w pojedynkę było ryzykowne.
Po około dwóch godzinach termowizor wychwycił sygnał — jasną plamę w jednym z głębokich szybów. Jedna osoba, prawdopodobnie siedząca na jego dnie. Podszedłem bliżej i cicho zawołałem:
— Kto tam?
Usłyszałem młody głos:
— Ja… ja…
— Bartek? — zapytałem.
— Mhm — odpowiedział słabo.
Sprawa stała się jasna. Podczas nocnej eksploracji spadł z wysokości ponad czterech metrów i skręcił nogę w taki sposób, że nie był w stanie się wydostać. Telefon wypadł mu z kieszeni i uległ uszkodzeniu, a w miejscu nie było zasięgu. Spędził tam ponad 24 godziny.
Żałowałem, że nie miałem przy sobie plecaka z liną, która mogłaby się przydać. Wezwałem straż pożarną i pogotowie, podając dokładne współrzędne. Zdjąłem bluzę munduru i przekazałem ją Bartkowi, aby choć trochę pomóc mu utrzymać ciepło. Usiadłem przy krawędzi szybu i rozmawiałem z nim, pilnując, by nie stracił przytomności z wychłodzenia.
Po godzinie 23 oddałem rodzicom to, co najważniejsze — ich syna. Nie wystawiłem faktury za raport, ponieważ nie był im potrzebny — policzyłem jedynie paliwo i czas pracy na miejscu. W tym zawodzie czasami nie chodzi o dowody do sądu, lecz o to, by ktoś mógł wrócić do domu.
Rodzice płakali, Bartek obiecał, że kończy z fotografią ekstremalną, a ja wróciłem do domu, czując, że po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś naprawdę sensownego.
W domu byłem dopiero o pierwszej w nocy. Nie zakładałem nawet teczki ze sprawą, ale w myślach nadałem jej kryptonim: „poszukiwanie NastoBarta”. Odruchowo uznałem, że sprawa została zamknięta.
Dobranoc.
